Ludzie pragną czasami się rozstawać, żeby móc tęsknić, czekać i cieszyć się z powrotem.
Mężczyzna rzucił nóż i odwrócił się, potem również krzyknął, twarz ściągnęło mu przerażenie, porwał dziecko na ręce. Kobieta chwyciła drugie, i rzuciła się desperacko w stronę pozostałych, jej usta wykrzywiały się oszalałe, w całkowitej ciszy. Wszyscy biegli w stronę drzwi w tylnej części izby.
Drzwi gwałtownie otworzyły się i...
Pstryk.
Rand nie mógł się poruszyć. Bzyczenie much krążących nad stołem wzmogło się. Oddech tworzył chmurę pary przed twarzą.
Pstryk.
Łysy, uśmiechnięty mężczyzna, w prostej odzieży z szorstkiej tkaniny, nakładał płat pieczeni na talerz trzymany przez kobietę o pobrużdżonej twarzy. Ona też się uśmiechała. Dodała grochu oraz rzepy i podała talerz jednemu z dzieci siedzących przy stole. Dzieci była szóstka, dziewczynki i chłopcy, od zupełnie malutkich do tak dużych, że mogły patrzeć ponad stołem. Kobieta powiedziała coś, a biorąca od niej talerz dziewczyna roześmiała się. Mężczyzna zaczął odkrawać następny płat.
Nagle jedna z dziewczynek krzyknęła, wskazując palcem przez drzwi, na ulicę. Mężczyzna rzucił nóż i odwrócił się, potem również krzyknął, twarz ściągnęło mu przerażenie, porwał dziecko na ręce. Kobieta chwyciła drugie, i rzuciła się desperacko w stronę pozostałych, jej usta wykrzywiały się oszalałe, w całkowitej ciszy. Wszyscy biegli w stronę - drzwi w tylnej części izby.
Drzwi gwałtownie otworzyły się i...
Pstryk.
Rand wytężał siły, ale jego mięśnie zdawały się zamarzać. W pokoju było chłodniej, miał ochotę trząść się z zimna, ale nie mógł wykonać nawet takiego ruchu. Muchy rozpełzły się po całym stole. Sięgnął po pustkę. Pojawiło się cierpkie światło, ale nie dbał o to. Powinien...
Pstryk.
Łysy, uśmiechnięty mężczyzna, w prostej odzieży z szorstkiej tkaniny, nakładał płat pieczeni na talerz trzymany przez kobietę o pobrużdżonej twarzy. Ona też się uśmiechała. Dodała grochu oraz rzepy i podała talerz jednemu z dzieci siedzących przy stole. Dzieci była szóstka, dziewczynki i chłopcy, od zupełnie malutkich do tak dużych, że mogły patrzeć ponad stołem. Kobieta powiedziała coś, a biorąca od niej talerz dziewczyna roześmiała się. Mężczyzna zaczął odkrawać następny płat.
Nagle jedna z dziewczynek krzyknęła, wskazując palcem przez drzwi, na ulicę. Mężczyzna rzucił nóż i odwrócił się, potem również krzyknął, twarz ściągnęło mu przerażenie, porwał dziecko na ręce. Kobieta chwyciła drugie, i rzuciła się desperacko w stronę pozostałych, jej usta wykrzywiały się oszalałe, w całkowitej ciszy. Wszyscy biegli w stronę drzwi w tylnej części izby.
Drzwi gwałtownie otworzyły się i...
Pstryk.
Pokój zamarzał. "Tak zimno". Muchy zaczerniły blat stołu, ściany stanowiły ruchomą masę much, podłoga, sufit były całkowicie pokryte czernią. Wchodziły na Randa, pokrywając go, pełzały po twarzy, dostawały się do oczu, nosa, ust. "Światłości, pomóż mi. Zimno". Zbita masa much ryczała jak grzmot. "Zimno". Wdzierały się w pustkę, kpiąc z jej przestrzeni, okrywając go lodem. Desperacko sięgnął po mrugające światło. Żołądek skręcał się, ale przynajmniej było ciepłe. Ciepłe. Gorące. On był gorący.
Nagle przedarł się do... czegoś. Nie wiedział do czego, ani jak. Stalowe pajęczyny. Promienie księżyca wykute z kamienia. Kruszyły się pod jego palcami, lecz wiedział, że nie dotyka niczego. Kruszyły się i topniały pod wpływem gorąca, jakie przezeń przepływało, gorąca jak ogień na palenisku w kuźni, jak pożar świata, jak...
Wszystko zniknęło. Zdyszany, rozglądał się wokół rozszerzonymi oczami. Kilka much leżało na pokrojonej w połowie pieczeni, na talerzu. Martwych much. "Sześć much. Tylko sześć". Więcej było w miskach, jakiś tuzin małych, czarnych truchełków na zimnych warzywach. Wszystkie martwe. Wybiegł na ulicę.
Mat, kiwając głową, właśnie wychodził z domu po przeciwnej stronie ulicy.
- Nikogo tu nie ma - rzekł do Perrina, ciągle siedzącego na koniu. - Wygląda, jakby po prostu wstali od stołów podczas kolacji i odeszli.
Od strony placu doleciał krzyk.
- Znaleźli coś - powiedział Perrin, wbijając pięty w boki konia. Mat wgramolił się na siodło i pogalopował za nim.
Rand powoli dosiadał Rudego, ogier płoszył się, jakby wyczuwając jego niepokój. Spoglądał na budynki, jadąc niezbyt szybko w kierunku placu, ale nie potrafił się zmusić, by na którymkolwiek zatrzymać dłużej spojrzenie.
"Mat wszedł do środka i nic mu się nie stało".
Postanowił, że jego noga nie postanie więcej w żadnym z tych domów, niezależnie od tego, co by się działo. Wbił buty w boki Rudego, zmuszając go do przyspieszenia kroku.
Wszyscy stali nieruchomo, jak posągi przed frontem dużego budynku o podwójnych drzwiach. Rand nie sądził, by mogła to być gospoda, przede wszystkim nie posiadała żadnego herbu. Zapewne było to miejsce spotkań mieszkańców wioski. Dołączył do milczącego kręgu i spojrzał tam, gdzie patrzyli wszyscy.